Wszystkie zwierzęta
Wszystkie zwierzęta, które umierają na poboczu autostrady.
Skulone jak w norze, ale omotane wiatrem.

Olga Tokarczuk o “Wszystkich zwierzętach…”:
Proza Błażeja Dzikowskiego umiejętnie tworzy oryginalny klimat prowincji, geograficznych i psychologicznych obrzeży świata.
Przypomina to nastrój opowiastek Bretona i niejasne, niepokojące przestrzenie surrealistów.
Opowiadania z tego tomu sugerują, że nasza rzeczywistość podszyta jest innym światem – wieloznacznym, zagrażajacym, quasi-ludzkim i czytelnik, chcąc nie chcąc, dzięki wartkiej narracji zostaje wciągnięty w sam ich środek i staje się tropicielem tajemnicy.
Wszystkie zwierzęta na poboczu autostrady to 14 opowiadań, 14 przygód na drodze wiodącej od głębokiego snu do wyostrzonej rzeczywistości.
Co spotka dwie dziewczynki podczas niezwykłej motelowej nocy?
Dokąd jedzie dotknięty amnezją bohater?
Co oznaczają słowa, prześladujące Starszego Kontrolera?
Dlaczego tramwaj nr 19 zboczył z kursu?
I co się stanie, kiedy nieświadomi rodzice wpuszczą do domu samego Króla Kundla?…
MERLIN TEŻ ZWIERZĘTAMI HANDLUJE
fragmenty opowiadań
Motel
Dwa ciepłe i małe ciała w niebieskim mroku, blisko siebie wśród chłodu i prostych mebli. O te meble otarło się wiele obcych historii – wgniecenia, zapachy, sprany pot, sprane nasienie – krochmal, środek owadobójczy, odświeżacz powietrza – i jeśli zostały jakieś ślady po cudzym życiu, które na chwilę tu zagościło, były to ślady niewidzialne i niemożliwe do zmycia.
Dwie jedenastoletnie dziewczynki leżą na łóżku; pod tamtą ścianą jest jeszcze jedno, puste i nieogrzewane.
- Ty, a pamiętasz, jak bawiłyśmy się w zakochanych i weszła twoja mama?
Alicja i Zuzanna. Śmieją się i wiją pod kołdrą, a tymczasem spod podłogi, po ścianach docierają nocne, stłumione dźwięki; szum podziemnej maszyny, coś jak uderzenie łyżką w kieliszek, dalekie i dalekie dźwięki. Spomiędzy nich urasta nagle i unosi się piosenka z lat trzydziestych, płynąca na progu słyszalności z piętra na piętro, piosenka która dobrze pasuje do pustych, długich korytarzy, do lampki nocnej przy hotelowym tapczanie, w której świetle patrzysz o późnej godzinie na okładkę książki albo zdjęcie, albo siedzisz z długopisem nad listem, który bardzo nie chce powstać i słychać przejeżdżające pociągi.
(…)
- Musimy zejść na dół – powiedziała nagle Alicja.
- Co ty?
- Bo zostawiłam na kolacji bransoletkę.
- A nie ma tu?
- Nie ma.
- Ale ty jej w ogóle nie brałaś chyba…
- Brałam. Chodź, bo ktoś ukradnie.
Światło zza okna oświetliło wnętrze pokoju i ich dziecinne twarze.
Korytarz motelu był bardzo długi i wysoki, ze ścianami wyłożonymi do połowy ciemną boazerią, wyżej pomalowanymi na ciemnozielono. Masywne, drewniane drzwi do pokoi biegły po obu stronach w dal, a miejscami zamiast drzwi były przejścia na schody, które prowadziły na inne piętra.
Zaczęły iść korytarzem, otoczone śpiącymi ludźmi, jak ciągnięte na nitce, w milczeniu, widziane z góry jako dwa białe płomyki płynące przez głuchą, długą przestrzeń, po wyłożonej zieloną wykładziną podłodze.
- E, chodź popodglądamy ludzi! – powiedziała Alicja.
- No co ty, ktoś zobaczy…
Ale Alicja już przykucnęła przy najbliższych drzwiach, odgarnęła włosy za ucho i przyłożyła oko do dziurki od klucza…
Król Kundel
Grają mu trąby, choć krztuszą się ziemią. Król Kundel nadchodzi. Słuchajcie, ludzie osiadli, właściciele willi i rodzin. Zimny dźwięk stalowych trąb wzbija się nad ciszę torowiska, nad szum słupów wysokiego napięcia i echa pociągów, które jeszcze daleko. Nadchodzi Król Kundel. Nad grudy ciemnego pola i odrzewione aleje Parku Imienia. Posłuchaj zapiaszczonych aż do chrypy trąb. Nie! To nie to słońce w lipcowe, skwarne południe na przedmieściu, to nie słońce rozgrzało ci głowę, gdy siedziałeś z piwem w leżaku, nie jest to też granie kościelnych dzwonów, benedictus Deus. Nie na darmo poczułaś dreszcz, przyznasz, że przyjemny, kiedy opalałaś się i czytałaś magazyn, wyciągnięta na kocyku piękna pani. Piękna pani wybaczy, to nie zdjęcie aktora w połączeniu z odległym tumultem. Niech szepnę ci na ucho: to Król K. To na jego cześć. I to on przychodzi.
Sylwia N. lat 13 wracała znad stawu i w całym ciele czuła nudę. Przystanęła wpół drogi, żeby się przeciągnąć. Szumiały niewidzialne owady lata. Była niedziela, ale w wakacje niedziele tracą wyjątkowość. Więc właściwie ta cała niedziela była psu na budę. Rodzice, którzy zmuszają dziewczynki w tym wieku do spędzenia wakacji w podmiejskim tzw. letnim domku, który dopiero co kupili i chcą go na urlopie remontować – tacy rodzice zasługują na karę. W tych pół-miastach panuje nuda, dużo częstsze niż zazwyczaj leniwe dotykanie się, kiedy trudno odróżnić gorąco słońca od tego drugiego, i kiedy pojawia się pot, który może wcale nie jest potem. Poza tym nie ma nic, sucha droga i upał, tenisówki przyklejają się do asfaltu. Drodzy rodzice, letni pakiet brydż z państwem Marczak plus grzybobranie z Kalinowskimi to wcale nie taka frajda dla tej małej. Czy to możliwe, że ta nudna droga prowadzi w daleki świat?
Nic się dziś nie wydarzyło, poza tym, że rano spotkała na drodze małych Kalinowskich, tę smarkulę i jej braciszka, których z nudów czasem śledziła. Też przyjechali z miasta i mieszkali w domku obok, ale gówniarzom łatwiej bawić się niczym. Dziewczynka szła pewnie przed siebie, choć nie wiedziała jeszcze, dokąd pójdą. Braciszek próbował ją dogonić, wszędzie za nią chodził na swoich krótkich nogach. Rówieśnicy siostry nie lubili go. Nie umiał się bawić, bo był za mały i choć nauczył się już mówić, jeszcze nie bardzo wiedział, co ma przekazać innym i często mówił od rzeczy.
Oboje bali się Sylwii, która wydawała im się dorosłą panią i kiedy ją mijali na drodze, patrzyli pod nogi, ale nagle siostra zatrzymała się, uklękła i pochyliła się nad czymś z zainteresowaniem.
- A co to takiego? – zastanowiła się głośno. Po asfalcie wędrowała włochata gąsienica. Dziewczynka wzięła ją na patyk, podniosła na wysokość oczu i przyglądała się, zdrapując mimowolnie drugą ręką strupek z posiniaczonej od letnich przygód nogi.
Braciszek stanął za jej plecami na palcach i wpatrywał się w znalezisko.
- To jest tęsknota – powiedział nagle i od rzeczy.
- Ale ty głupi jeszcze jesteś – odpowiedziała siostra. – Powiem rodzicom i oni bardzo się będą gniewali, może nawet cię zbiją, wiesz? Tęsknota to jest takie uczucie, a nie robak.
Szybko znudziła się kontemplacją bożego stworzenia, machnęła mocno patykiem i w ten sposób katapultowała gąsienicę w rozgrzane letnią muzyką owadów krzaki. Skoczyła na nogi i ruszyła przed siebie, machając kijkiem. Braciszek patrzył cicho. Jeśli nawet potępił czyn w swoim małym sercu, nie odezwał się ani słowem. Stał jeszcze przez chwilę i próbował myśleć, nagle zorientował się, że obok stoi straszna Sylwia i pobiegł za siostrą.
- Ja wam dam tęsknotę! Uciekać, bachory! – zawołała groźnie Sylwia, pomachała pięścią i zaśmiała się.
To było rano, a wydaje się, że co najmniej tydzień temu. W nudne lato czas głupieje. Znudzona sama sobą i gnuśnymi kaprysami ciała Sylwia zeszła nagle z drogi i zniknęła w krzakach. Przystańmy na chwilę i nie idźmy za nią, choć dyskrecja nie jest obecnie w cenie. Zamiast tego pomyślmy trochę, rozejrzyjmy się, jakby nigdy nic. Patrz, motyl bielinek-kapustnik! O, już odleciał. Kiedy po paru minutach wyszła z krzaków na miękkich nogach, nagle zrobiło jej się słabo i przykucnęła na asfalcie. Wzięła głęboki oddech, próbując przegnać sprzed oczu wirujące mroczki i wtedy przestraszył ją cień, który pojawił się nagle i zakrył jej słońce. Podniosła głowę i zobaczyła mężczyznę. Nie umiałaby opisać, jak wyglądał. Zapomniała.
- Gorąco ci? – spytał. Zerwała się na nogi i pobiegła w stronę rodzinnej działki. Kiedy odwróciła się na zakręcie, on nadal stał i patrzył. Pokazała mu środkowy palec, upewniła się, że zobaczył i ze złym uśmiechem pobiegła do domu. Dochodzące zza ogrodzenia smród i okrzyki przyjaciela rodziny, inżyniera Kalinowskiego oznaczały, że ojciec robi grilla…
Przyjaciel to drugi ja
Mała lampa na stole była jedynym źródłem światła. Dwie pełne cienia twarze pochylały się nad szklaneczkami i kanciastą butelką. W ciemności za szybami świeciło samotnie bladożółte, dalekie okno jakiegoś domu, zawieszony w nocy znak czuwania, odrębnego życia, które toczyło się za granicą mroku, za wietrznym pasmem, oddzielającym od siebie dwa mieszkania.
Może tam opuszczony staruszek pił mocną herbatę szklanka za szklanką, pełen determinacji, by zadać swojemu sercu ostateczny cios przy wtórze dobiegających z radia piosenek Marleny Dietrich.
A możliwe, że za tamtym oknem było odbicie tego pokoju; może tam też zakurzony doktor nalewał alkohol do szklanek, szczerząc w uśmiechu końskie zęby, a silny młodzieniec patrzył bez słowa na ruchy szarych rąk.
Zanim schronili się w cieple mieszkania, szli o trzeciej w nocy przez opustoszałą, przedwojenną dzielnicę. Minęła ich kobieta w czarnym płaszczu. Wyglądała jak kochanka oficera Gestapo, spiesząca przez okupowane miasto na nocne rendez-vous. Wśród milczących, szarych domów wiał zimny wiatr znad pobliskich torów kolejowych.
Znaleźli sklep, kolejne jasne wnętrze, strzęp dnia w czarnej pustce. Kupili jedzenie od zaspanej ekspedientki – mam wilczy apetyt, doktorze, rzekł młody, trzeba jeść, to bardzo ważne – i poszli dalej, a ciche ulice i puste podwórza odpowiadały echem na ich kroki i nieliczne słowa.
- Wygląda jak miasto żywych trupów, prawda?
- Nie. Mieszkasz w pięknej dzielnicy. Gdybym to ja tu mieszkał…
Podszedł nocny żebrak, już otwierał usta, ale spojrzał na młodego Jerzego, zacisnął zęby i zaczął warczeć, cofając się. Ten przykucnął i udał, że podnosi z ziemi kamień, jak to się robi, by przegonić bezdomnego psa. Żebrak uciekł tyłem, wciąż warcząc. Młody zaśmiał się…
Grzechy Barnaby
W sylwestrową noc niewielu śpi. Większość pije szampana, tańczy, dopuszcza się cichych zdrad w kącie sali balowej. Strzelają fajerwerki. Śpią tylko dzieci, starcy, abnegaci, których nie obchodzą żadne święta. Ten sen jest bardzo samotny w noc, która posiada tak wielkie stężenie życia, a niebu nie pozwalają ściemnieć jaskrawe ognie.
Barnaba wierzy, że jest coś takiego jak bilans snów, przypadający na każdą noc. Jemu od lat nic się nie śniło. Istnieje jednak możliwość, że w noc sylwestra wiele snów zostanie niewykorzystanych i jeden z nich zbłądzi do niego – z braku lepszego obiektu, który akurat będzie skakał i polewał szampanem spętane serpentynami dziewczęta.
Ciężko mu znieść noce-studnie, śmierci na parę godzin, bez obrazów, fantastycznych baśni. Prawie nie pamięta, co mu się śniło, gdy był mały – coś jednak było, coś musiało być. Czasem w zimowy dzień przypomni sobie stary sen sprzed lat i czepia się tego wspomnienia, ale ono umyka, jak znak na twoim oku, kiedy starasz się na niego spojrzeć.
Z niecierpliwością czekał na noc eksperymentu. W pracy opierał łokcie o blat biurka, ukrywał twarz w dłoniach i wyobrażał sobie wielką chwilę. Kiedy przychodzili znajomi z krzykliwymi zaproszeniami, uśmiechał się blado i kłamał, że obiecał wizytę komu innemu. „Więc jednak przychodzisz!” – wołał ten ktoś od progu i znów trzeba było oszukiwać. Dziwne, jak ludzie nie mogą znieść, że znajomy chce być sam w Nowy Rok.
(…)
Barnaba biegł przez całą zimę, skurczony i czarny jak piwniczny owad. Widywano czasem jego drobną postać, przebiegającą przez boczną uliczkę z tępotą na twarzy i trzęsącymi się, wyciągniętymi rękami. Włóczędzy powiadali, że żywi się śniegiem, ale jest wielce wątpliwe, by ta czcza substancja mogła dać energię potrzebną do nieustającego ruchu, w który zapadł. Skądkolwiek czerpał siły, zawiodły go pod koniec lutego i padł plecami w zaspę na zmrożonym polu poza granicami miasta.
Nadeszła wiosna i pojawiło się słońce. Słońce grzało ziemię, lecz jego promienie nie miały ciepła i siły dla Barnaby. Leżał i ani drgnął, pogoda czy deszcz. Wśród chłopstwa krążą opowieści, iż dnia pewnego nad będącym wtedy turystyczną atrakcją, nieruchomym Barnabą („…nie wiadomo, skąd pochodzi i jaka jest jego historia; według podań ludowych jest to zbrodzień, który nawiedzony przez Najświętszą Panienkę pokutuje za okropne czyny…”), pewnego dnia nad biednym, suchym Barnabą stanął anemiczny chłopiec w dziecięcym garniturze. Jego oczy zasłaniały wielkie, czarne okulary. Przyklęknął nad leżącym i patrzył na niego długo, aż z oczu Barnaby zaczęły płynąć łzy. Spływały po zarośniętej i zmrożonej twarzy, którą przyciskał do kolan chłopca. Ten odszedł po chwili.
I wtedy Barnaba usłyszał odwieczną melodię i zapadł w wielki sen, bo to nim była rodząca się pieśń, poważny sen, pełen bicia bębnów, sen polowań i okrzyków, przepełniony potęgą, którą daje głęboka wściekłość. Jak lśniąca ćma, trzepocząca w ślepych mrokach ludzkiego płuca, i rosnąca, i rosnąca, tak rosła w nim ta powolna pieśń i wypełniała wszystko. Powstał w tym śnie i ruszył w stronę miasta…
Polowanie na słonie
Trzeba zabić człowieka ze snu.
(…)
Trwała pierwsza noc okresu silnych wichrów, który zawsze nadchodzi na parę dni przed dniem Wszystkich Świętych.
Maurycy stał w ciemności, opierał się o pień drzewa rosnącego przy ogrodzonym parkingu. Ciemność ustępowała światłom latarni, które pochylały się nad samochodami. Chmury suchych liści przelatywały obok niego, a ciemna plandeka na jednym z wozów falowała na wietrze, wzburzone morze.
Ścigany pojawił się jako człowiek. Szedł niepewnie z rękami w kieszeniach kurtki. Rozglądał się z tępym zdziwieniem. Nad miastem płynęły setki sygnałów, niewidzialne linie sił. Ciemność wołała do wszystkiego, co tkwiło w jej świecie. Dziwna była ta odległa przestrzeń za domami, niebieska głębia, która oznaczała przyszłość, różne drogi wyboru. Dziwne wzruszenie zawodzącym, chłodnym wiatrem.
Kiedy zobaczył, jak Maurycy wychodzi z cienia, błyskawicznie podniósł ręce do uszu i zasłonił je odruchowo.
- Ale nie, bo ona nie potrafi w ten sposób! – krzyczy zapobiegawczo człowiek-słoń. Sam nie rozumie, o co mu chodzi. Jest dzieckiem, które żyło jedną noc i parę nadprogramowych godzin, któremu dano wszystkie słowa bez reguł ich układania i ciało starszego człowieka.
Maurycy szarpie nim, zakłada szybko kajdanki, modląc się w duchu, żeby tamten nie zdążył zmienić się w słonia…
Niebyt wkracza do akcji
(…)
Istota przeżyła ze studentką bardzo ciekawy dzień. Dziewczyna najpierw poszła do kawiarni w piwnicy budynku i zjadła bułkę z jajkiem, zapijając sokiem z butelki. Potem chodziła po księgarniach i oglądała książki, ale żadnej nie kupiła. Potem stanęła niezdecydowana przed kawiarnią; przez szklane drzwi było widać półki z kolorowymi ciastkami. W końcu zaklęła, weszła do środka i kupiła, a potem zjadła dwa pączki z kremem oblane czekoladą.
Zaczął padać deszcz i biegli do autobusu. Wysiedli na przedmieściach. Po krótkim spacerze stanęli przed starą i szarą kamienicą, ogrodzoną czarnym żywopłotem z kolczastych łodyg. Łodygi były porażająco wrogie; suche liście nadziewały się na nie podczas lekkomyślnych lotów. Kiedy dziewczyna szukała kluczy w torebce, i mokre włosy były jak pęknięcia na policzku, istota stanęła przed nią. Spróbowała gestami wyrazić swoje przywiązanie i chęć towarzyszenia. Taniec ten był pełen gracji jak usługi nierozgarniętego kelnera w pierwszy dzień pracy.
Studentka podniosła głowę, trwała chwilę, potem otworzyła furtkę i zamknęła ją za sobą. Po chwili na piętrze zapaliło się światło. Istota została przed furtką; chciała być zaproszona.
Mijały godziny i istota ani drgnęła, wpadła w niekończący się stupor. Deszcze przestały padać, nocne niebo było jasne i dobre dla uczciwych, śpiących ludzi. Czekała, czekała, właściwie na parę godzin przestała być. Światło w oknie już dawno zgasło, i spały przedmieścia, kiedy istota zaczęła wyć. I to było prawdziwe wycie, zmrażające atmosferę umierającej ze starości, willowej dzielnicy…
Tę drogę nazywają Nocą
I myślę: droga przez pustkowie.
Zakurzony samochód.
Strzępy futra, ćmy, wpadające na przednią szybę w świetle latarni.
Kilometry za mną, kilometry przede mną.
Nie pamiętam: droga do domu, czy wygnanie z domu.
Nie wiem, czemu nie kończy się benzyna, wysiadłbym wtedy, ruszył na piechotę przez piasek, nareszcie zboczył z kursu, zaginął na poboczu. Dla świata zostałaby ta wygnieciona, blaszana skorupa; mnie by już nie było.
Znów słyszę – wyrastające spod ryku silnika dalekie wycie, zawodzenie nad wydmami… Pojawia mi się w głowie pewne słowo, nie pamiętam, co ono znaczy. Ale niesie ze sobą wszechświaty.
Ten ktoś na tylnym siedzeniu znów zaczyna jęczeć, próbuje pokonać barierę komunikacyjną w postaci knebla. W roli knebla występuje wysmarowana olejem silnikowym szmata. Rozwiązałbym tę osobę i wypuścił, ale oczywiście będzie żądać wyjaśnień, a mi głupio byłoby przyznać, że nie pamiętam już, kiedy i po co ją porwałem. Udaję więc mądrzejszego, niż jestem, i od czasu do czasu rzucam coś przez ramię brutalnym tonem, który podnosi mnie trochę na duchu:
- No co, jesteśmy tu we dwójkę, ale kim jest ten obok ciebie, co?
Obok cielesnego pakunku nie ma nikogo, sam nie wiem, po co tak mówię. Wiem, że powinienem się przejmować Nieznajomym Uprowadzonym, jak go nazywam w myśli (choć może to Uprowadzona? Kiepsko widać), ale trudno się skupić, wszelkie próby przywołania przeszłości rozpływają się na drodze, drodze ciągle naprzód.
Zdawało mi się, że widziałem UFO, ale to chyba tylko spadająca gwiazda. Droga wciąż jest taka sama. Kolejne kilometry w mroku, żółte światło reflektorów…
Ostatnia droga. Memuary.
(…)
Moja ukochana na imię miała Bibi. Urocze stworzenie! Była jedyną córką handlującej papierowymi jajkami pani Jenny i krytyka literackiego, profesora Kuku. Dobry ten człowiek stracił fortunę na swoim zawodzie, bowiem nie potrafił przy lekturze najdrobniejszego tekstu, nawet w gazecie codziennej, czy też ogłoszenia na płocie, powstrzymać się od podkreślania niepoprawnych sformułowań czerwonym długopisem. A co dopiero, gdy Czasopismo nadsyłało mu do zrecenzowania całą książkę! Sumienny poczciwina zużywał na jeden tom co najmniej trzydzieści wkładów z czerwonym atramentem, co kosztowało krocie, a skromna sumka za parowierszową recenzję nie starczała na pokrycie choćby tego wydatku.
Słucham? Tak, to ten sam profesor Kuku, co napisał tyle lat potem jedną z moich biografii. Nie darzę jednak tego woluminu zbyt ciepłymi uczuciami; za dużo w nim klakierstwa i bezrefleksyjnej chwalby, za mało tęgiej i surowej krytyki. Wróćmy jednak do spraw pięknych i wzniosłych.
Kupując nieustannie czerwone długopisy, profesor nie miał za co sprawić mojej ukochanej porządnej wyprawki. Chodziła więc po mieście i do szkoły w tekturowym pudle, w którym żona profesora wycięła dziury na ręce i nogi. Szara tektura tej zaimprowizowanej sukni wyglądała smutno, więc Bibi wciąż coś na pudle rysowała: urocze drobiazgi, ptaszki i kwiaty, księżyce i jeziora.
Do dziś pamiętam, jak po raz pierwszy ujrzałem Bibi: było to zimą, na przedstawieniu jednego z ubożuchnych teatrów ogródkowych; szedł właśnie, o ile pamiętam, Pierścień Nibelungów. Bibi stała po kolana w zaspie, która służyła za lożę dla biedniejszych widzów. Nagie kolana były sine, a na pudle zalegały zwały śniegu, topniejącego i przesiąkającego przez tekturę. Za to ileż spraw letnich i słonecznych to pudło zdobiło! Szczególnie utkwił mi w pamięci świetnie naszkicowany czyżyk; niestety, jak się później dowiedziałem, Bibi narysowała go bezmyślnie długopisem ojca, za co przez miesiąc musiała się obywać bez obiadu i kolacji.
Aktorzy śpiewali swoje role wagnerowskim tonem, mijała godzina za godziną, potem dzień za dniem tego pięknego przedstawienia, a ja nie odrywałem wzroku od dziewczynki w pudle. Oczy Bibi przypominały nieco kolorem rozmokłą ziemię na bagnisku, a jakże chciałem się w nich przejrzeć! Włosów właściwie nie miała, ot, parę siwych kępek tu i ówdzie. Jej usta były jak dojrzałe maliny, a na miejscu nosa widniała króciutka, miękka trąbka, porosła delikatnym jak puch meszkiem.
Czy trzeba wiele mówić? Ja, ochrzczony Jasnowłosą Bestią nieudacznik zakochałem się po uszy miłością wierną i pierwszą. Znosiłem pod jej okno kwiaty. Po nocach pisałem pierwsze wiersze, z tych, co to woli się, aby nasza dawna miłość nigdy nie wpadła na pomysł ich ogłoszenia.
Bibi – jak rzeka
Dęby grożą, ostatni prorocy:
Moje serce drży w cieniu jej światła
Tu głos, tam burza, o, słodka niemocy!
Raz tylko otrzymałem odpowiedź na wysłany spoconymi dłońmi poemat; niestety, odpowiedź pochodziła od jej ojca. Profesor Kuku odesłał mi wiersz z każdą linijką podkreśloną na czerwono, a w krótkiej notce łajał mój poetycki warsztat. Bibi pozostawała niewzruszona…
Piękny i ja
(…)
Następny tydzień był dla wypełnionego chemią Zygmunta bardzo nieprzyjemny. Nie podobała mu się klinika, blade kolory na ścianach, nudna świetlica, w której czas stał w miejscu, no i mdłe posiłki w stołówce – jakby obniżeniem, osłabieniem barw i smaków chciano zwalczyć samumy i fantasmagorie w głowach pacjentów. Jakby zamiast próbować leczenia, kierownictwo placówki postanowiło zarażać niespokojnych nudą i marazmem, zmieniać ogniste szerszenie w jesienne muchy. Jakby to był front, a wojna toczyła się między intensywnością a martwotą, i z jednej strony płonące sztandary, z drugiej cienka herbata z cukrem.
W tej nieciekawej przestrzeni co jakiś czas wyskakiwała postać doktora Kończały. Rozmawiał z pacjentami, ale nigdy nic nie notował. W ciągu tygodnia zagadywał Zygmunta ze trzy razy, pytał o ojca, matkę i Proxima Centauri. Każda z tych rozmów wyglądała identycznie.
Pewnego wieczora, po kolacji, Zygmunt usiadł w pustej świetlicy. Czarna noc milczała za oknem, a pomieszczenie wypełniało światło żółtej, stojącej lampy, światło jak ból zęba. Radio grało dla nikogo. Czując w ustach zanikający smak sera z kolacji, wpatrzył się w okno. Przesiedział przez całe lekko trzeszczące Cztery Pory Roku. Niech coś się tu wydarzy, niech coś się stanie, bo zwariuję, pomyślał i poszedł do swojej jednoosobowej celi.
Kiedy umilkły już kroki na korytarzu i zaczęła się cicha noc, leżąc na łóżku myślał z wyrzutem o tej, która zostawiła go na pastwę Kończały i wpatrywał się w szczeliny na suficie, w których parę dni temu dostrzegł kształt samochodu. Lubił ten samochód, wyobrażanie sobie nocnych wypraw przynosiło mu spokój i marzenia. Nagle usłyszał mały głos. Głos dobiegał z kontaktu w ścianie.
- Jestem tu – powiedział głos.
Jak wszystko zawirowało! Jak się wszystko zmieniło w tej jednej chwili! Błyskawicznie otworzyły się wszystkie drogi. Piękny przyszedł za nim.
- Ojej – umiał tylko powiedzieć Zygmunt.
Mało znał Pięknego. Przed uprowadzeniem do kliniki ten odezwał się do niego zaledwie parę razy, zawsze w najgorszych momentach. I czuł, że nawet jeśli myśli są pomylone, to Piękny nie pochodzi ze świata obłędu. On zawsze umiał tak o wszystkim mówić, że przestawało być strasznie; a mówił głównie o wielkości, mówił zawsze o wielkich przestrzeniach, i nie było już duszno. Jego słowa były jak bicie dzwonu gdzieś daleko, jest źle tutaj, ale są jeszcze szerokie nieba, na nich kłębią się chmury, a ty powinieneś poczuć w sobie wściekłość, ten boski pęd. Kiedy Muniek zagłębiał się w najbardziej skomplikowane rozmyślania, Piękny był jak chłodne powietrze zza okna przy zadrukowanej kartce, mówił z tej głębokiej i zapomnianej strefy dawnych uczuć, inny był od rozumowych kombinacji.
- Ja znów chcę ci pomagać – powiedział Piękny i Muniek rozpłakał się przy białym kontakcie…
DruStory
Dru budzi się. Jest 11 rano.
Dru budzi się jeszcze raz. Jest 8:30 rano.
To samo miejsce. Jej pokój, zalany światłem poranka. Brak świeżych wspomnień.
Cały wczorajszy dzień uciekł jej. Nie pamięta nic z ostatnich 24 godzin. W łazience staje przy lustrze i opuszcza głowę, żeby zanurzyć twarz w zimnej wodzie. Przeciera twarz – skóra chłodna i sprężysta – i patrzy jeszcze raz w lustro. Czy zawsze tak wyglądała?Inwazja słonecznego światła z sypialni trwa; promienie, ożywiające słupy tańczącego kurzu, docierają już do korytarza i zbliżają się do łazienki. Mieszkanie naciska na nią; ciężar całego nowego dnia, tego, co można z nim zrobić, czyni te rozległe pokoje nieznośnymi.
Jej ojciec mieszkał na szafie. Odmawiał zejścia. Był dziwny, jak mówiły jej koleżanki z podstawówki. Spał też na szafie, dwa metry trzydzieści centymetrów nad ziemią. Przykrywał się kocem, miał tam poduszkę, czasem w nocy zakradał się do toalety czy po książki i wracał z tomikiem, by czytać w przytulnej przestrzeni między szafą a sufitem. Matka stawała na krześle i wysuwała ku górze tacę z posiłkiem, godzinę później wracała, znów stawała na krześle i odbierała puste talerze. Tak ojciec spędził piętnaście lat – aż umarł, albo po prostu przestał odbierać talerze z jedzeniem, bo znudziła mu się owa powszednia czynność. Żył w ten prosty i dziecinny, ale jakże pociągający sposób. Czy po zastanowieniu się powiecie, że znacie lepszy sposób na spędzenie życia?
Może to po nim – może genetycznie Dru myśli trochę inaczej niż wszyscy – i stąd ta cała sprawa? Może dlatego niektórzy, kiedy mają ją opisać, mówią po prostu: „zapytana, czasami odpowiada”. Szukać winy w dalekiej przeszłości. Łańcuch złoczyńców…
Tramwaj linii 19
Miał przyjechać w odwiedziny Nowy Papież i nikt nie wiedział, czego się po nim spodziewać. Poprzedniego znali doskonale, bo dorastał w ich kraju i wiedzieli nawet, jakie wyroby cukiernicze lubi najbardziej. Nowy Papież był obcy. Fryzurę miał cudzoziemską, rysy twarzy wyraźnie niesłowiańskie, cerę tak gładką, jaką się widuje tylko u staruszków z Zachodu. Młodzieży przypominał złego imperatora Palpatine z Gwiezdnych Wojen. Wylewnie pozdrawiał Polaków z watykańskiego okienka, ale dotychczas nie wypowiedział się konkretnie na żaden temat i Polacy nie mieli pojęcia, czy ich kraj wciąż się liczy w Chrześcijaństwie. Kiedy mówił po polsku – a czynił to chętnie i często, choć z karteczki – jego nienaturalna wymowa nasuwała podejrzenia o fałszerstwo.
Dziwny, tajemniczy Papież. Niemiec.
A wiosna była odpowiednia na taką wizytę: wiosna zmian, chłodna i szumiąca wiatrem, ciemna. Front atmosferyczny wisiał nad Warszawą od tygodni i ani drgnął, co jest zachowaniem dla frontów atmosferycznych nietypowym. Na niebie wisiały popielate, nadmiernie skomplikowane chmury. Często padał deszcz. I tylko o zachodzie słońca, w porze transformacji barw, miasto na chwilę stawało się piękne. Telewizja i radio serdecznie witały pielgrzyma. A ludzie nie wiedzieli, co myśleć:
- Normalnie nie piłbym, ale mnie takie coś wkurza. Poszedłem i kupiłem dziesięć na zapas. Za mało się jeszcze postarał, żeby nam zakazywać – oznajmił zionący alkoholem dryblas, który trzymał w łapie ciemnoczerwoną, trochę już oklapniętą różę. U jego stóp leżała plastikowa torba z kawałem wołowiny, a na mięsie stało tajemnicze, tekturowe pudełko.
- Przecież to nie on zakazał, tylko ten rząd cudowny – wtrąciła starsza pani we włochatym, czarnym berecie, przypominającym strasznego pająka. Przyciskała do piersi zwinięte czasopismo „Pacjent Polski”. Dotychczas rozglądała się dokoła, jakby wypatrywała zagrożenia i co chwila rozchylała usta, jakby chciała coś powiedzieć, albo jakby oddychanie przez cienki i długi nos sprawiało jej trudności.
- To niech pani wraca do komuny – powiedział trzeci pasażer, gruby wąsacz. Przedtem tylko ziewał i bezmyślnie wyglądał przez okno, ale, co można było dostrzec po uważniejszym spojrzeniu, jednocześnie bardzo szybko stukał prawą nogą w podłogę; najwyraźniej kończyna nie podzielała panoszącej się w reszcie ciała senności i rwała się do czynu.
- A pan leć do Ameryki. Mędrzec nie wiedział, że ma na dupie przedział.
- Dama z bombką w nosie.
Obok siedział młodzieniec w znoszonej, skórzanej kurtce. Nazywał się Piotruś. Nieznajoma dziewczyna, która stała przy nim, nie odsunęła uda, do którego lekko przycisnął swoje, choć na palcu miała obrączkę.
- Przepraszam, on staje na Placu Zbawiciela?…
Gdzie jesteś
Starszy Kontroler Tomasz Lipko stał ze szklanką wody obok plastikowego zbiornika i nic nie mówiąc patrzył na współpracowników, którzy podnieceni zbliżającym się weekendem jeden po drugim nawiedzali kuchenny azyl, szukając w jego swobodniejszej atmosferze pierwszego smaku dwóch dni lenistwa. W biurowych kuchniach nieco cichnie głos obowiązku, zapewne przez bliskość artykułów spożywczych, które przypominają, że pracownik jest nie tylko pracownikiem, ale też organizmem z własnymi prawami. Przy lodówce i ekspresie do kawy – podobnie jak przy pisuarze – kierownicy działów nie wydają się tak odlegli, tu zrównany biologiczną potrzebą dyrektor generalny brata się z kurierem. Wszyscy ludźmi.
Dzwoniły odkładane do zlewu łyżeczki i spodki, szumiał czajnik, pachniało świeżo zmieloną kawą.
Tomasz westchnął i napił się wody – bez pragnienia, ale nie mógł przecież tak bezczynnie stać. Zanurzył lewą dłoń we włosach i drapał się powoli z tyłu głowy. Robota ciężko mu dziś szła, po raz pierwszy tak ciężko od 20 lat spędzonych w Firmie. Właściwie nic się nie działo, tylko…Od pewnego czasu w jego głowie pojawiał się fragment piosenki. Były to jedynie dwa słowa, śpiewane łagodnym głosem do melodii, której nie umiał do końca powtórzyć: Gdzie jesteś?
Kiedy słyszał w głowie te słowa, stawał się roztargniony, czuł tęsknotę. Próbował sobie przypomnieć, z której piosenki pochodzą. Wydawało mu się, że jest niezwykle piękna, pełna niejasnej, naglącej potrzeby. Dopasowywał do strzępu melodii i dwóch słów wszystkie zespoły, jakie znał, ale żaden mu nie pasował. W internecie znajdywał setki stron z szukaną frazą, ale żadna nie dotyczyła muzyki i tekstów piosenek. Wiedział, że coś tam było jeszcze i usiłował przypomnieć sobie słowa poprzedzające to „gdzie jesteś”: wyraźnie słyszał ich brzmienie, ale pozostawały nieodkryte, drżały na krawędzi świadomości, jakby ktoś nie pozwalał im wyjść zza kulis na oświetloną scenę pamięci. Pytał znajomych, śpiewał zawstydzonym głosem krótki fragment, ale nikt nie umiał pomóc, znajomi kręcili głowami, rozbawieni, a on na dodatek odkrywał, że melodia, którą im nuci, nie całkiem się zgadza z tym, co wyraźnie słyszy od czasu do czasu w głowie…
Wszystkie zwierzęta na poboczu autostrady
(…)
Zarośniętymi drogami gruntowymi, na wybojach, przez pola, sady i lasy, wjechali w ciemną i mokrą puszczę. Droga zakręcała, miejscami tak wąska, że ich niewielkie auto ocierało się z obu stron o gałęzie. Prowadziła do polany, otoczonej nieprzebitą ścianą drzew. Zaparkowali pod drewnianym krzyżem, Paweł zażartował na temat Boskiej opieki.
Nie chciała wysiadać z rozgrzanego, skórzanego wnętrza do natury wilgotnej i umięśnionej. Stalowa forma, stworzona przez człowieka, przyjazna i wygodna, a na zewnątrz brudno, tłusto. To żyło. W samochodzie też nieporządnie, ale inaczej – chusteczki do nosa, okruszki z batonika, pognieciony magazyn. To rozumiała. Patrzyła przez szybę, jak Paweł podskakuje w trawie na środku polany, przeciąga się i macha do niej. Zawołał ją po imieniu. Chciała wracać. Do szumiącej rzeki samochodów, zapachu spalin, neonowego mleka miasta, na którym wyrosła.
Otworzyła drzwiczki, ale nie wysiadła. Gorący powiew, szelest liści i szept insektów. Zbliżał się wieczór, jednak upał nie zelżał. Nad ciemną zielenią potężnych drzew, których nazw nie znała, niebo miało kolor łososia.
- Śmierdzi.
- Żartujesz? Cudowne powietrze. Pachnie bez czarny, robinia akacjowa. Co tu niby śmierdzi?
- Nie wiem. Czuć ziemią, gniciem.
(…)
Paweł rozpakowywał namiot. Dobry, survivalowy namiot, laminowane szwy i system poprawiający cyrkulację powietrza. Nagle zobaczył, że Natalia kuca wśród trzcin i w coś się wpatruje.
- Co tam znalazłaś?
- Chodź tu szybko.
To był mały krzyż, zrobiony z dwóch patyków związanych czarną nitką, wetknięty w ziemię przy brzegu. Obok bukiet polnych kwiatów – leżał tu już od dawna, bo kwiaty ściemniały i zgniły. Natalia poderwała się na nogi.
- Nie będę tu spała – powiedziała, idąc w stronę bagaży.
- Zwariowałaś? O co chodzi?
- Proszę, wracajmy.
Złapał ją za ramiona i zatrzymał.
- Uspokój się! Jakieś dzieciaki się bawiły.
- Mówiłeś, że nikt tu nie zachodzi!
- Mówiłem, że czasem bywają tu ludzie ze wsi. Opanuj się wreszcie!
Zaczęła płakać. Przytulił ją.
- No, już… jesteś teraz przewrażliwiona, to naturalne. Ale nie ma czym się denerwować, jakieś dzieci się głupio bawiły, zrobiły krzyżyk…
- Ale wyrzuć go i kwiaty też.
- Co takiego?
- Zanieś je gdzieś daleko. Bo nie będę tu spała.Kiedy wrócił, siedziała na brzegu i kreśliła trzciną wzory na powierzchni wody.
- Złe artefakty zostały zneutralizowane – powiedział.
Stał obok niej i czekał.
- Śmieszny chudy pływaczek na wodzie – odezwała się w końcu.
- Nartnik. Dolną stronę odwłoka ma pokrytą gęstym owłosieniem, co tworzy poduszkę powietrzną, dzięki czemu nie przebija błonki powierzchniowej.
- Ale jesteś mądry. Ciekawe, co on może jeść?
- Poluje na owady, może też się żywić cieczą, która wydziela się z ciał martwych ptaków i drobnych ssaków.
- Chyba się zaraz porzygam.
- Co w tym ohydnego? Żyjemy, potem dzięki nam żyje coś innego. Brzmi patetycznie, ale to wielkie koło życia, święta rzecz.
- Picie cieczy z trupa? To raczej horror.
Westchnął.
- I co ja mam z tobą począć, cyniczna kobieto? Denerwują cię moje kazania? Po prostu w to wierzę.
- Przepraszam. – Odwróciła się i pocałowała go w kolano. Było słone. – Zapomniałam, że też masz owłosiony odwłok.
Ze śmiechem poszli rozbijać namiot. Paweł nie zaniósł krzyżyka i bukietu daleko, widziała, że po prostu rzucił je między drzewa, ale postanowiła już nie narzekać…
Jeżowce
Mama była sponsorem. Zainwestowała w moją duszę. Chciała kupić mi nawrócenie i przyjemne życie wieczne przy dźwiękach harfy, u boku aniołów, gdzieś tam w chmurach na błękitnym niebie.
I tak w letni, wakacyjny poranek pojechałem z nią na Ursynów, gdzie w ogródku przy parafii czekał autokar. Na pysku autokar miał zawieszony obrazek z Matką Boską i podpis: Medjugorje. Obie matki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. One widziały się już kiedyś. Moja odbyła tę podróż parę razy. Jako recydywistka wiedziała, że trzeba zabrać podgłówek, wygodne buty do wchodzenia na jakiś Kriżewacz i zupy w proszku. Ja natomiast, nawet jako pielgrzymkowy prawiczek, wiedziałem, że do pobożnego autokaru trzeba zabrać walkmana i dużo, dużo kaset.
Miałem ze sobą plecak, z którym zwykle łażę na uniwersytet. Zabrałem ze sobą dwie książki: Wieśniaka paryskiego i Historię inkwizycji. Parę koszul, podkoszulków i napoczęte opakowanie proszków na uspokojenie. Jak się miało okazać, było ich za mało.
Wokół autokaru kręciły się podekscytowane rodziny, klamoty aparaty kapelusze kamery, a między nimi chodził chudy, siwy jak gołąbek ksiądz Władek, jezuita, i obdzielał wszystkich dobrodusznym uśmiechem. Miał być naszym przewodnikiem duchowym. Mimo tego, że jechał na spotkanie z samą Matką Boską, jego pomarszczona twarz wyrażała wesoły spokój, jak po dobrym śniadaniu. Moja twarz wyrażała przerażenie tym, w co się właśnie wpakowałem. Ja nie chcę jeszcze do raju. Tym bardziej nie w tym letniskowym towarzystwie.
Tymczasem pojawiła się ciocia Hela i jej syn Piotrek. Jechali z nami. Dzień dobry, ciociu. Cześć, Piotrek. On jeszcze nie wiedział, co go czeka u celu naszej podróży. Mogę sobie wyobrażać, że już wtedy dostrzegałem w nim gotowość na to, co miało nastąpić, ale po fakcie zawsze się tak wydaje.
A to było podwójne objawienie, bo jednocześnie z budynku parafii wyszło małżeństwo naszych świeckich przewodników. Zaprzątnięty sprawami niebiańskimi ksiądz Władek nie będzie przecież biegał z paszportami. Ach, ta para przewodników. Tłusta pani Maryla, czarne, długie włosy, ogromny krzyż na piersiach, a głos jej: miód i melasa. Jej mąż Janusz, o kształtach nabitych i okrągłych, z twarzą typową dla ludzi cwanych i jednocześnie ciężko myślących. Tych, którzy zajęli się zbijaniem pieniędzy na religii i przyswoili sobie dobrze wzniosły słownik katolicyzmu na amen i wieki wieków amen nie myśląc ani na chwilę o co tu, do cholery, chodzi.
Zapraszamy państwa do autokaru. Powiedziała pani Maryla. A zabrzmiało to jak chodźcie na tort, milusińcy, chodźcie łyżeczkami jeść tort z kremem i lukrem i owocami w cukrze – i polany ajerkoniakiem, bo potrawa to w sumie metafizyczna. I wsiedliśmy. Mama, ja, ciocia Hela i jej syn Piotrek i reszta towarzystwa. Jedziemy na cud. Obejrzeć cud.
I wio! Autokar zacharczał i ruszył. W drogę, pielgrzymi, która jest drogą długą. Jedziemy na dalekie, dalekie południe, do kraju spalonego słońcem i strawionego wojną, do miasteczka między dwiema górami na jałowej równinie, w samo serce nieba na ziemi…
kwiecień 21, 2009 at 5:51 am
[...] jest być może jednym z bardziej pechowych młodych prozaików. O jego zbiorze opowiadań Wszystkie zwierzęta na poboczu autostrady słyszałem, że został odrzucony przez prawie wszystkie polskie wydawnictwa. Ostatecznie [...]