Brokat w oku
Widziałem ją w moim mieście.
Unosi się nad olśniewającymi biurowcami i ruderami.
Nad neonową tęczą i czarnym lasem anten.
Blada córka miasta, której oczy obiecują życie wielkie i świetne.
Błękitna córka miasta, której droga prowadzi do smutnej śmierci.
Tej nocy młodzi kochankowie położyli się do łóżka. Na zewnątrz ktoś zawołał, ale nie mogli zrozumieć słów. Głos dochodził z daleka. Wtedy chcieli wyjechać, ale nie było dokąd i nie było po co.
To właśnie ona.

Roch Sadowski przeżywa najdziwniejszy rok swojego życia. Rzuca studia, żeby robić karierę, wuj Lis ląduje w więzieniu, brat cioteczny organizuje neopogańską bojówkę, a mały piesek dwojga imion zachowuje się zgoła nietypowo…
„Brokat w Oku” to przejmująca, ale też prześmieszna historia o nieuleczalnej tęsknocie, chorobie współczesności. Zmieniająca się nagle i zdumiewająco Polska lat 90-ych XX wieku jest tłem dla opowieści o odrodzinach faszyzmu, piramidach finansowych, oszalałym piesku, wróżbach runicznych, wujku – domorosłym filozofie i skłóconych braciach, przezwanych Żydosławem i Żydogniewem.
Komediodramat z głębokim przesłaniem.
Tęsknota od Bałtyku do Tatr.
Dziesięć milionów gwiazd przewodnich.
(wyd. Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita SA, 2007)
Uwaga: Brokat w oku już do kupienia w Merlinie
fragment powieści:
Prolog w pociągu
Jeszcze mnie nie znacie, czujecie się niepewnie.
Zaufajcie mi. Nie będę oszukiwał.
Pięć lat później młoda kobieta siedziała w pociągu jadącym nad morze. Obok spała pięcioletnia dziewczynka. Podkuliła nogi w czerwonych, sztruksowych spodenkach, a głowę przycisnęła do brzucha kobiety, chowając się przed słońcem. W nagrzanym przedziale pachniało kurzem, którego drobiny wirowały w popołudniowym blasku. Za oknem przemykały ciemne, iglaste lasy i łany niedojrzałego zboża.
Kobieta nazywała się Paulina. Dziewczynka miała na imię Zuzanna.
Od ciepłego ciężaru drętwiała noga, ale Paulina nie chciała się poruszać, żeby nie budzić dziecka. Czytała gazetę – na książkę była już zbyt zmęczona – i bezwiednie pocierała kciukiem prawej dłoni wgłębienie u nasady palca, na którym niedawno nosiła obrączkę.
Wreszcie przewróciła stronę, a kiedy zrozumiała, co widzi, gwałtownie pochyliła się nad gazetą. Dziewczynka mruknęła z niezadowoleniem i podrapała się za uchem.
– Daleko jeszcze? – spytała.
– Śpij, kochanie.
Zdjęcie chudego, krótko ostrzyżonego mężczyzny, stojącego w dumnej pozie ze skrzyżowanymi na piersi rękami. Patrzył prosto w obiektyw. Przypominająca mundur koszula, opaska na prawym ramieniu. Spojrzała na podpis pod zdjęciem i już wiedziała, że to nie pomyłka. Zrobiło jej się gorąco. Potem przeczytała tytuł artykułu.
EKSPLOZJA W WARSZAWSKIM KLUBIE.
Ładunek wybuchowy pozostawiony w sportowej torbie.
Podejrzany aktywista Radykalnego Legionu Wielkiej Polski.
1. Wszystko to, co było wcześniej
- A gdzie się podział Sadowski?
- Na balkon sobie wyszedł.
Roszek słyszał śmiech, ale nie zwracał na niego uwagi. Opierał się o poręcz i patrzył z wysokości siódmego piętra na śpiące jeszcze miasto, na pierwsze tramwaje i ludzi dziwnych zawodów, którzy wyruszali na zimne przystanki. Starał się cofnąć pamięcią do pewnej odległej, letniej nocy, choć wiedział, że to niemożliwe.
Naprawdę było tak: Wiał wiatr zachodni. Za oknem kołysały się gałęzie sosen, a wokół latarni fruwały ćmy: blade, opętane światełka. W jednym z warszawskich szpitali urodziło się dziecko. Na chrzcie dali mu Roch.
Wyrósł chłopak blady, z jasnymi włosami, z oczami zamglonymi, jakby wiecznie patrzył przez sen. W przedszkolu trzymał się na uboczu. Jako jedyny lubił leżakowanie, mimo trawiącej go nudy. Nie mógł zasnąć, ale trzeba było leżeć, więc leżał i odnajdywał kształty zwierząt i dziwnych twarzy w liniach na drewnie podłogi. Było cicho, nie biegali z krzykiem i niczego od niego nie chcieli.
Potem rysował wojny i oceany. Jak tylko miał kartkę i kredki, wrzaskliwe przedszkolne otoczenie odpływało i znikało za mgłą. Za kilkanaście lat nic nie będzie pamiętał z wczesnego dzieciństwa, z tego letargu w krainie wyobraźni. On przemarzył cały ten czas.
I tak niewiele mu zostało przeszłości, a na przyszłość zaadoptował zachodnie filmy, bardziej kolorowe od polskich, ciekawsze. I na przyszłość adoptował sobie książki, gdzie życie tężało w przygodę.
Jako dzieciak żył tam, nigdy tutaj, i nie wiedział dokładnie, kim będzie, choć jedno było pewne: będzie kimś wielkim i międzynarodowym. Milionerem, szpiegiem i kosmonautą w jednym. Żył beztrosko z tą pewnością pod rękę, nie dostrzegając biedy rodzinnego domu. Mijały zimy, wiosny i wakacje, i spokojnie dawał im unosić się w przyszłość. Wszystko po prostu działo się. Leciał przez czas.
Ojca nie było.
Do szkoły podstawowej poszedł nadal rozmarzony i nadal trzymał się na uboczu. Szkolne lata pachniały pastą do podłogi. Miał dobre oceny, przychodziło mu to tak łatwo, że uznał się za geniusza – ale nie był geniuszem, po prostu dużo czytał, jak to samotne dziecko. Wtedy w Polsce istniały tylko dwa kanały telewizyjne, na których często nadawano te same programy, a najczęściej obraz kontrolny przypominający okrągłą, kolorową twarz z wyszczerzonymi zębami. Nie było komputerów, pierwsze Atari pojawiło się, kiedy skończył jedenaście lat. Ale i wtedy nie wniknął w sny plastikowego pudełka, bo mieli za mało pieniędzy. Więc czytał. I uczył się. I miał dobre oceny.
Mama zapisała go na kółko plastyczne. Po lekcjach szedł gruntową drogą do domu kultury, machał workiem z kapciami. Prowadziły go rozpięte między słupami przewody wysokiego napięcia. Odwracając wzrok, mijał szybko tajemniczą skrzynkę, która straszyła znakiem trupiej czaszki i błyskawicy. W niespokojnych snach otwierał ją i zanim zobaczył, co mieszka w środku, budził się pełen strachu. Na miejscu, w ciemnej sali domu kultury, mała pani mówiła, jaki ma być temat obrazu. Kiwał głową, wszystko mu pasowało. Brał farby, moczył pędzel i zanim dotknął nim papieru, już tonął w cichych godzinach, które nie zostawiały wspomnień.
W ostatnich latach szkoły podstawowej nad jego życiem zawisł nieznany wcześniej cień, zmora z zewnętrznego świata, która niepokoiła i zatruwała noce. Nagle zakłócono jego płynięcie w przyszłość, obojętne, jakby nigdy się nie urodził. Dwa razy do roku organizowano dyskoteki. Na wiadomość o zbliżającej się zabawie koleżanki reagowały radosnym podnieceniem, on natomiast posępniał w ostatniej ławce. To prawda, mógł udać, że jest chory i wcale nie iść, skoro sprawiało mu to przykrość. A jednak chodził. Czuł, że trzeba się bawić, że nie wolno być odmieńcem.
Kiedy światło gasło i zapalały się czerwone lampy, w sali gimnastycznej zaczynało bić dziwne serce,. Kąty znikały i stawały się tajemnicami w ciemnościach. Z drabinek zwisały serpentyny. Balony kołysały się pod sufitem, przypominały mu pęczki jajeczek jakiegoś wielkiego insekta. Wszystko przykrywała ciężka, duszna muzyka. Nad jej powierzchnię umiał wypłynąć jedynie głos obcego pana z mikrofonem, który wykrzykiwał niemądre dowcipy i zachęcał do beztroskiej hulanki na dnie tego inferna. Terribilis est locus iste. Potworne i pełne dziwnych przeczuć jest to miejsce, lecz igrajmy wesoło – taką intencję odgadywał w głosie pana, który kierował dyskoteką niczym niedowierzający własnemu szaleństwu kapitan. Spocone dzieci śmiały się, biegały i piły oranżadę, opętane osobliwością tej nocy, kiedy sala gimnastyczna nie jest sobą, a szkoła wygląda inaczej, niż w dzień.
To nie było złe. Zło czaiło się w tańcu. Taniec oznaczał wszystko to, czego nie umiał. Oznaczał wstyd. Częścią dorosłego i międzynarodowego życia jest beztroskie i nonszalanckie zachowanie na parkiecie, wie o tym każdy, kto obejrzał chociaż pięć filmów. On stał pod ścianą, pił cytrynowy napój, od którego cierpł język, i patrzył na śmielszych kolegów, tańczących i wygłupiających się z dziewczynami. Skąd oni to umieli, skąd wiedzieli, co robić? Jaką tajemnicę posiedli? „Tańce, tańce!”, krzyczał szaleniec z mikrofonem. W końcu koleżanka łapała go spoconą dłonią za rękę i wyciągała go na środek sali. Zaczynała się męczarnia. Jakże trudna jest walka o swobodę ruchów i słów. Przez lata pamiętał i analizował ośmieszające wpadki. Nawet kiedy dorósł, pamięć o tym, jak próbował zażartować i ona nie mogła zrozumieć, o co chodzi, i nie wyszło śmiesznie, tylko głupio, przyprawiała go o rumieniec i wprost fizyczny ból. Wspomnienie niezręczności na szkolnym parkiecie było tak męczące, że kiedy jego myśl nieopatrznie zawędrowała w te rejony, dorosły Roch uderzał się ręką w głowę, albo zaczynał głośno śpiewać byle co, żeby odegnać wstyd.
Potem nastały pierwsze lata liceum. Ten czas zamieszkiwały dziewczęta, których ciała nie były jeszcze uprawianym codziennie ugorem pod kremy i maseczki, ale on nie zaznał żadnej, pamiętajcie, był nieśmiały, był zamknięty w sobie, jakby miał czego pilnować.
W liceum znalazł przyjaciela – czy może raczej kogoś, do kogo to słowo najbardziej pasowało. To był Grzesiek, aspirujący literat, też wycofany, ale dużo bardziej leniwy. Można nawet nazwać go nieukiem, choć to brzmi dziwnie, jeśli wziąć pod uwagę ilość książek, które przeczytał. Lista jego lektur jakoś nigdy nie zgadzała się z programem nauczania. Odpisywał pracę domową od Roszka i oczekiwał podpowiedzi na klasówkach. Zbudowali swoją przyjaźń ze zgryźliwych uwag na temat rówieśników i nauczycieli. I kiedy taki wesoły Maciek całował na powitanie dziewczęta, przyjaciele mówili o flegmie i refluksach. A kiedy Maciek tańczył na szkolnej dyskotece, przyjaciele, oparci o ścianę, snuli ponure wizje przyszłości, która czeka tę pląsającą miernotę.
To była wielka ulga. Okazało się, że niepotrzebny jest wstyd, że się nie tańczy. Można wyśmiać dyskotekę i nazwać ją idiotyzmem. Niezniszczalna linia oporu. Oparli swoje porozumienie na braku szacunku dla cudzej wiary i entuzjazmu.
Kiedyś z okazji święta narodowego wychowawczyni zabrała klasę na cmentarz wojskowy. Był to okres zmiennego wiatru, okres wielkich politycznych przemian i nauczycielka, zdezorientowana nowinami w obowiązującym światopoglądzie, nie do końca wiedziała, co wypada. W swoim zmieszaniu kazała dwóm uczennicom położyć kwiatki na grobie premiera Bieruta, a one, jak to po złożeniu kwiatków na mogile, uklękły i odmówiły krótką, ale szczerą modlitwę. Premier łomotał w wieko trumny, protestując przeciwko ciemnocie, lecz nikt nieboraka nie usłyszał. Przy kwaterach lotników zaczęła się przemowa o tych, co zginęli w obronie ziemi ojczystej. Było mokro i nudno. „Lepiej mieć na dupie bliznę, niźli polec za Ojczyznę”, szepnął do Roszka Grześ. Właśnie w takich chwilach odnajdywali siebie i nie byli samotni.
Możliwe, że dobrze się rozumieli, bo tak jak Roszek nie miał taty, Grześ nie miał mamy. Dawno temu zabrała ją tajemnicza choroba.
Roszek nie chodził już na kółko plastyczne; mała pani, której imienia i twarzy nie pamiętał, umarła albo wyjechała. Rysował już tylko na lekcjach, na ostatnich i nieoficjalnych stronach zeszytów, podczas gdy mniej uzdolnieni i pozbawieni ratunku w twórczości koledzy spadali bezbronni w otchłanie nudnej śmierci. W domu nie siadał już nad pustymi kartkami, oglądał coś tam, albo coś tam czytał, albo po prostu spał na kanapie w ciemne popołudnie. Nie wykluczał jednak, że malarstwo odegra jakąś rolę w jego wielkiej przyszłości. Do czasu.
Do czasu, kiedy poszli z Grzechem na spotkanie z młodym, ale słynnym artystą. Spotkanie zorganizowano w herbaciarni na Starym Mieście. Na ścianach powieszono obrazy artysty, które przedstawiały kwadraty i kreski. Malarz miał ogoloną na łyso głowę, kolczyk w uchu i buraczkowy sweter. Bez przerwy palił papierosy i mrużąc oko prosił najładniejszą kelnerkę o wódkę, na co ona rumieniła się i odpowiadała, że to herbaciarnia. Zdawał się jednak o tym zapominać, choć może był to taki żart i ilekroć przechodziła obok, ponawiał żądanie. Za każdym razem wielbicielki artysty wybuchały śmiechem.
Wielbicielki ściskały w koślawych zgryzach papierosy. Pod pachami trzymały teczki z własnymi pracami, które prawdopodobnie przedstawiały ich wersje kwadratów i kresek. Uroda fanek artysty przejęła Roszka grozą. Nigdy nie trudził się odróżnianiem wyrazu twarzy od wyrazu duszy. Podobnie trudno było mu wyobrazić sobie swoje oczy w miejscu podkrążonych oczu słynnego malarza. Po prelekcji artysta poprosił o pytania i na sali umilkły nawet szepty wielbicielek, które zaczęły głowić się nad Pytaniem Pytań, takim, co to odsłania całe życie, wrażliwość oraz pasję twórczą i błyskawicznie zakochuje zapytanego.
- Ja mam pytanie – odezwał się Grześ. – Czy te kwadraty maluje pan z natury?
W odpowiedzi malarz uśmiechnął się krzywo i poprosił o bardziej przemyślane pytania. Przyjaciel Roszka stropił się na chwilę, po czym odparł:
- W takim razie czy to prawda, co ja słyszałem, że od oparów z farb mogą wypaść włosy?
Po maturze Roszek zdał na germanistykę. Tak radziła mama. Śmieszna lichota tego instytutu: poważni ludzie, dorośli i młodzież, sami Polacy, siadają i rozprawiają po niemiecku, choć w promieniu kilometrów nie ma żadnego Niemca. Mówią po niemiecku na zajęciach z historii Bawarii, na zajęciach o życiu pisarza. Przypominało to kursy językowe, gdzie dla praktyki opowiada się, co spotkało na poczcie sekretarkę Ulrikę (same nieprzyjemne rzeczy), albo dyskutuje się o świecie za sto lat, tyle że tym razem to ma być naprawdę i na poważnie. Roszek uznał, że poziom zajęć jest niski i tytuł magistra dostają nawet zupełne cymbały, a to dlatego, że kiedy ktoś odpowiada po niemiecku, wykładowcy i studenci boją się przerywać – myślą, że nie znają jakiegoś słowa, albo że nie zrozumieli, a nie przyjdzie im do głowy, że to ten koleś głupio gada. A przecież dziesiątki ludzi poświęcały życie temu wydziałowi, dzień po dniu wprawiając w ruch wielką i skomplikowaną maszynę, która wśród huku i kłębów dymu produkowała kartki z napisem: dyplom. Czemu Roszek wcześniej tego nie zauważył?
Co się stało, że dopiero teraz ocknął się na obcym balkonie?…
kwiecień 4, 2007 at 8:18 pm
[...] mam w swym oku Została podpisana umowa wydawnicza, zgodnie z którą “Brokat w oku” — druga powieść Błażeja Dzikowskiego — ukaże się jeszcze w tym roku w [...]